24 października 2017

października 24, 2017

Pielęgniarstwo to szkoła życia - część 1


W mojej pracy uczę się każdego dnia. Rzeczy, które przyswajam, nie zawsze związane są z pielęgniarstwem. Mój zawód potrafi dać prawdziwe lekcje życia, o czym przekonałam się już na studiach. Jest taki "rozterkogenny", a ja jeszcze nie jestem wypalona zawodowo. Może kiedyś to nastąpi, podobno normalna sprawa. Na razie jeszcze, widząc człowieka pod respiratorem, który nie rokuje, widzę setki niewypowiedzianych słów, dziesiątki gestów, które nigdy nie będą mieć miejsca. Widzę przygnębioną rodzinę, do której to jeszcze nie dotarło. To jest czasem naprawdę dołujące, choć nie pozwalam sobie na chorowanie i umieranie z każdą osobą, która zostawia mi w głowie swój ślad. Mimo wszystko, pielęgniarstwo sprawiło, że moje życie stało się lepsze, bo żyję wolniej i uważniej. Jednak ma  to swoją cenę - dużo się martwię, a czasem boję.

Dziecko od dwóch godzin Cię prosi - pobaw się ze mną, zagrajmy, ułóżmy puzzle. Później, jutro... - mówisz. - Zobacz na tę stertę do prasowania, nieumyte gary. Telefon od mamy - oddzwonię wieczorem, muszę teraz ogarnąć mieszkanie, coś załatwić. Znasz to? Wszystkim wydaje się, że każde zdanie można powiedzieć jutro. Dałeś plamę? Wyprostujesz to jutro lub kiedy indziej. Każdego dnia odkładasz coś na później. Ważne sprawy na rzecz tych mało ważnych. Dziś już późno, nie masz nastroju, ogarnia Cię zmęczenie, masz dużo obowiązków.

A co, jeśli jutra już nie będzie? Zadzwoni telefon z suchym komunikatem - wzywamy Was, mamy NZK na oddziale X, a my pobiegniemy wtedy ze swoją wielką walizką do Ciebie lub do bliskiej Ci osoby.
Nie wszystko da się przewidzieć, ale pewne jest to, że nie można odkładać uczuć i zainteresowania na przyszłość.  

Pielęgniarstwo nauczyło mnie, że czasem jest za późno, aby powiedzieć przepraszam, kocham, wybaczam.

Dlatego najlepiej robić to często i od razu, bez czekania na odpowiednią chwilę. Zawsze będą rzeczy, których nie zdążymy zrobić, mimo to trzymam się swojego planu minimum - mówię kocham najczęściej, jak się da. Wybaczam i przepraszam od razu za każdym razem, gdy jest taka potrzeba. Przytulam mocno nawet wtedy, gdy jestem spóźniona, choć wiem, że przez to będę biegła na przystanek.

My, pielęgniarki i pielęgniarze, żyjemy często w pośpiechu. Wyrywamy godziny między jednym dyżurem a drugim, ale za rzadko poświęcamy je dla rodziny. W końcu jest jeszcze tyle innych spraw - domowych obowiązków, rzeczy do załatwienia, więc ten czas ucieka przez palce, niby pożytecznie spędzony, a jednak zmarnotrawiony. Ile razy zostawiłaś w domu chore dziecko, idąc do pracy, do pacjentów? Jak często nie było Cię na rodzinnych spotkaniach? Które to już urodziny spędzasz w pracy? Przez długie lata stoimy po białej stronie barykady, co zniekształca nam obraz. Zdawać by się mogło, że nigdy nie będziemy pacjentami. Niestety nie jesteśmy wyjątkowi. Kiedyś będzie za późno, aby coś zrobić albo powiedzieć. Dlatego żyję tu i teraz, tym co mam, z ludźmi, o których dbam z wzajemnością i nie odkładam tego na jutro. Pracuję na jeden etat. Nie wyobrażam sobie dwóch, a praktycznie nie znam pielęgniarki, która miałaby tylko jedną pracę. Nie oznacza to, że nie mam marzeń czy ambicji, które wiążą się z kosztami, ani że nie mam kredytu hipotecznego. Otóż, jak wszyscy, mam i kosztowne marzenia, i kredyt. W sklepie każdy pieniądz obracam trzy razy, zanim go wydam. A jednak pracuję na jeden etat, bo czas, który mogę wykorzystać dla rodziny, dla siebie, dowolnie, jest dla mnie cenny. Ważniejszy. Mogę zrezygnować z różnych rzeczy, kupienie ich odłożyć w czasie. Nie mogę odkładać na później swojego życia.

Czerpię radość z poranków w domu, kiedy nie muszę się spieszyć i siedzę wtedy z kubkiem ulubionej kawy. W bamboszach, w dresie, z książką. Z długich, jesiennych wieczorów ze szklanką cydru i ulubionym sezonem serialu w tle. Spacerów za rękę z małą nią i naszych dziwacznych rozmów. Żyję tak, aby niczego nie zostawiać na jutro. Nie piszę oczywiście o niebezpiecznie przechylającej się na krześle stercie ubrań do prasowania, bo to zostawię nawet na popojutrze.




14 września 2017

września 14, 2017

Dzień z życia pielęgniarki. List.


Wstaję o czwartej rano, ach jak nie chce mi się wstać, na zewnątrz egipskie ciemności. Czasem jem śniadanie, a czasem nie, ale zawsze piję kawę. Szykuję się i wychodzę. Autobus odjeżdża o 5.00. Następnie przesiadam się w pociąg i tym sposobem o 6.40 docieram do szatni. Przebieram się w mundurek. O 6.55 robię sobie drugą kawę (w końcu trzeba się z tą kawą pokazać, aby później w Internetach mieli o czym pisać).

7.00
Praca czas start. Raport. Słucham przez 20 minut ważnych informacji o pacjentach i co działo się z nimi w nocy, co trzeba jeszcze zrobić, kto został przyjęty i co mu dolega. Trochę zazdroszczę swoim koleżankom z nocnej zmiany - w końcu idą do domu odpocząć, a ja jestem niewyspana jak zwykle przed dzienną zmianą - trzeba być wariatem albo pielęgniarką, aby zrywać się z łóżka 0 4.00 w nocy z własnej woli.

7.20 
Idziemy w dwie osoby, aby wykonać wszystkim leżącym toaletę ciała i zmienić pościel. Mamy średnio 15 osób całkowicie unieruchomionych w łóżkach, ok. 5 potrzebujących asekuracji i ok. 10 samodzielnie poruszających się pacjentów. Kiedyś wyliczyłam, że wypada ok. 45 minut na umycie 15 osób i zmianę ich pościeli. - średnio 3 minuty na pacjenta, nie licząc tych, którym potrzeba jedynie asekuracji. 3 minuty na umycie całego ciała, zmianę opatrunków i pościeli na czystą u człowieka, który jest całkowicie lub częściowo sparaliżowany i nie zawsze może współpracować, a czasem też i nie chce w zależności od choroby.

8.00 
Przygotowuję leki dożylne i domięśniowe. Następnie muszę je podać wszystkim 30 pacjentom, niektórym zakładam venflony. Mam na to ok. 60 minut. Dwie minuty na pacjenta, od czego trzeba odjąć czas przygotowania dla niego kroplówek, iniekcji, ewentualnego założenia venflonu, a także odznaczenia ptaszkiem w zeszycie.

9.00 
Wjeżdża śniadanie. O kurczę, nie zdążyłam! Biegnę szybko do lekarskiego ustalić, kto ile ma dostać insuliny (poziom glukozy mierzy przed końcem dyżuru zmiana nocna). Podaję insulinę i idę karmić pacjentów. Standard karmienia jednego pacjenta przez sondę głosi, że powinno się to robić powoli. Niestety trzeba to przyspieszać, inaczej karmienie zasondowanych pacjentów, a jest ich średnio 4 - 5, zajęłoby mi godzinę. Karmię pacjentów z jednej sali, idę do drugiej. Siostro, ale to już jest zimne - słyszę od babinki, która nie ma sondy, ale nie jest w stanie jeść sama i trzeba karmić ją łyżką, a takich pacjentów też jest zwykle kilkoro. No ale tutaj pomaga salowa, która przekroi kanapki, herbatę zamiesza. Tabletki rozwozi druga pielęgniarka, z którą mam akurat dyżur - takie jest jej zadanie, oprócz wypełniania dokumentacji medycznej. Ktoś mógłby powiedzieć - co przez ten czas robi druga pielęgniarka, skoro ja nie mogę się wyrobić. Otóż, ona też nie może się wyrobić. Dokumentacji jest tak dużo, a w szczególności czasochłonne jest przyjmowanie zleceń lekarskich. Trzeba najsampierw rozszyfrować hieroglify, a później wszystko podpisywać parafkami i przepisywać do zeszytu zleceń. To jest rzecz, której nie da się robić szybko, bo łatwo o pomyłkę w dawkowaniu lub o przeoczenie.

9.30 
Wracam do podawania leków z 8.00.
- Siostro, ale to trzeba równo co 12 godzin. Wczoraj dostałem o 8.00.
- Wiem, podaję leki od 8.00, wszyscy mają na 8.00, co zrobić.
- Inna siostra wczoraj była o 8.00.
- Najwidoczniej zaczęła podawać od tego końca korytarza.
- ...
Podaję leki, staram się sprężyć, ale co chwilę muszę odłączać te, które podłączałam przed śniadaniem, ponieważ pacjenci są wożeni na badania. Czasem jadę z pacjentem na badanie, bo salowa nie da rady z łóżkiem sama. Tak więc odłączam poprzednie, podłączam kolejne i jednocześnie biegnę "do dzwonków", żeby odłączyć te z 8.00 lub podłączyć z powrotem te odłączone na czas śniadania, jeśli ktoś miał takie życzenie, lub na czas pójścia do łazienki.


10.00.
Wypijam kilka łyków kawy, jednocześnie próbując zapamiętać, o co proszą mnie lekarze - odłączyć cewnik, założyć cewnik, posiew pobrać, jak będzie mieć Pani chwilę wolnego to potrzebuję asysty przy punkcji. Trzeba podać ten lek, tylko teraz, a może jeszcze pobierzmy krew u tej Pani, a u tamtej mocz.
Kupiłam sobie kiedyś notes, ale nie mam czasu w nim zapisywać. Mam nadzieję, że to zapamiętam. Jak dobrze, że pamięć pielęgniarki jest z gumy. To nasza super moc.

10.05
Idę robić wszystkie zlecone rzeczy z przerwą o 10.20 na pomiar glikemii u pacjentów z cukrzycą. Pobieram, oklejam probówki i oddaję do laboratorium, a znów innym mierzę glukometrem - zależy jak zleci lekarz.
No! Nawet nieźle się dziś wyrabiam, patrzę na zegarek.

11.00. 
No to naszykuję sobie kroplówki na 12.00 i probówki na pomiar glikemii na 15.30. Na szczęście szykowanie tabletek należy do drugiej pielęgniarki z dyżuru.
O! Jest Pani! - to zrobimy teraz tę punkcję.
Szykuję zestaw, idziemy.
- Siostro, plaster od wenflonu mi się zamoczył i się odkleja - mówi Pani z sali 6.
- Zrobimy punkcję i do Pani przyjdę.
- Siostro kroplówka nie leci - mówi Pan z sali 5.
- Zrobimy punkcję i przyjdę sprawdzić.
- Siostro, czemu dostałem niebieską tabletkę - mówi Pan z sali 8.
- Proszę podejść do konsoli, koleżanka zajmuje się tabletkami.
Dzwonek z Sali.
- Pani Genia (Salowa), podejdzie Pani do tej sali? Ja idę robić punkcję.
Robimy punkcję. Przychodzi Pani Genia.
- ta Pani, co dzwoniła, chce do łazienki siku, ale ma przecież cewnik.
- A i na 3, 5, 6 skończyły się kroplówki.
Po punkcji, lecę sprawdzić tę Panią z cewnikiem. Pani chce wyrwać cewnik, wstaje, kopnęła mnie w klatkę piersiową, no nic, choć ma niedowład ciężka sprawa. Próbujemy ją powstrzymać. Nie da rady. Kontakt z lekarskim. Dajemy leki, trochę to zajmuje, bo musimy ją trzymać. Pani krzyczy, że chce kroić rybę. Myśli, że jest na wczasach w smażalni. Udało się podać lek, ale wyrwała wenflon, trzeba założyć drugi, no niedobrze w tej sytuacji. Zakładamy kartę unieruchomienia i zapinamy ją w pasy, bo myśli, że okno to wejście na statek. Krzyczy.
Sytuacja nieco opanowana, idę podłączać kroplówki, których się nazbierało przez ten czas, wymieniam plastry, odklejam, przeklejam, odłączam pacjentom, którzy będą ćwiczyć z fizjoterapeutami, później znów im podłączam, gdy skończą.

12.30. 
Pora podać południowe leki, których jeszcze nie zdążyłam naszykować. Zaraz koleżanka, która przyjmuje pisemne zlecenia, zabierze mi zeszyt. Auć.
Halo! Mamy przyjęcie!
A nie! Dwa! - Słyszę z końca korytarza.
Hmmm. Są do przyjęcia dwie Pani, trzeba je ulokować. Ta Pani nie chodzi, więc musi leżeć na początku korytarza, a więc trzeba przenieść panią z początku korytarza na jego koniec, bo ta radzi sobie z balkonikiem. Razem z salową wozimy i przewozimy. Pani dostaje karteczkę na łóżko i kolumnę w zeszycie.
Przychodzi lekarz. Proszę podać to, to i jeszcze to. I pobrać to i tamto. Tylko jakby Pani mogła to teraz. Dobra, idę, pobieram, wenflon zakładam, podaję.
Po drodze odłączam puste kroplówki, podłączam te odłączone na chwilę, patrzę jak się ma Pani przypięta pasami, a ma się średnio i trzeba znów podać leki.


13.15.
Podaję południowe kroplówki, na szczęście nie ma ich zbyt wiele. Szykuję także te do podania później.
Czas zajrzeć do pacjentów i zmienić im pampersy. Obiad o 13.30. Mamy z Panią Genią 15 minut na zmianę pampersów u 15 pacjentów. Minuta na pacjenta.
Wjeżdża obiad, nie zdążyłyśmy, ale musimy to zrobić przed karmieniem, więc kończymy. Lecę szybko do lekarskiego ustalić insuliny, podaję. Schemat jak wcześniej. Ja biorę sondy, a Pani Genia resztę.
Jeden pan wyjął sobie sondę. Na szczęście po obiedzie. Już wiem, co będę robić przed kolacją.
Pacjenci przewinięci i nakarmieni. Lecę z Panią Genią na rentgen z jednym leżącym. Wracam i słyszę w kanonie - pusta kroplówka, tu nie leci, tam krew się cofnęła, plaster się odlepił, boli noga, boli kręgosłup. Ratuję ręce, plastry, kroplówki i kręgosłupy, daję przeciwbólowe.
W międzyczasie jest przyjęcie nowego pacjenta.
Pani z 2 źle się czuje, a i parametry życiowe nie za ciekawe. Saturacja spada, w drogach oddechowych coś bulgocze. Wzywamy lekarza, a ja organizuję ssak. Walczymy, odsysamy, podajemy leki, pobieramy krew na gazometrię. Czekamy. Pani jest podłączona do monitora. Do końca dyżuru będę przychodzić co kilkanaście minut odsysać wydzielinę, gromadzącą się w drogach oddechowych.

14.30.
Idę do socjalnego zjeść na szybko śniadanie. W międzyczasie co chwilę puka któryś z naszych doktorów.
- jak pani zje to proszę jeszcze dopuścić pani x do kroplówki to i to.
- Oooo, je Pani. To jak będzie Pani mogła to proszę podejść na 3 bo tam chyba pampers mokry i pościel.
- Wie Pani co, ten Pan z 4 dziś wychodzi, ale przed wyjściem chciałabym sprawdzić morfologię. Pobierze Pani krew, jak Pani skończy?

Zjadłam i nowe siły zebrałam. Kawę dopiłam do końca - w końcu muszę trzymać fason, bo ta kawa jest niczym symbol zawodowy. Znów zapomniałam kupić na dyżur wody mineralnej. Suszy mnie, jak nie wiem, chlip chlip.
Idę, robię wszystko, choć pewnie części zapomniałam. W międzyczasie odłączam puste kroplówki.
Do zabiegowego wpada oddziałowa - Ja już idę, jak znajdziesz chwilę to sprawdź daty  ważności leków w lodówce. Cześć!
Byle do 15.30. Jeszcze chwila szaleństwa. O 15.30 pójdą do domu lekarze i zostanie jeden dyżurant, pójdą fizjoterapeuci i zostanie tylko jeden, oddziałowa już poszła, pójdą psycholodzy, logopedzi. Będzie chwila ciszy, a coś czuję, że zaraz pęknie mi głowa od tego chaosu nie do ogarnięcia.
Idą, a ja pobieram kolejny raz krew na poziom glukozy.
Odsysanie wydzieliny u Pani z 2.
Zaglądam do Pani przypiętej pasami.

16.00.
Jeszcze 3 godziny do końca dyżuru. Jeee!
Powietrze robi się lżejsze, na oddziale nieco się przerzedziło. Został lekarz dyżurant - nawet go lubię, chwilę żartujemy i uciekamy, każde do swoich obowiązków.
Szykuję kroplówki na wieczór - te dla siebie i te dla nocnej zmiany na noc.
Biegam do dzwonków.
Mamy panią do przebrania na 2 - woła Pani Genia (salowa).
Idziemy. Wszystko do wymiany i łóżko do mycia. Biednemu zawsze wiatr w oczy.

16.30.
Zaczynają się odwiedziny rodzin pacjentów i pielgrzymki. Byłoby fajnie, gdyby bliscy chorych mogli zaczekać, aż skończę coś przy jednym pacjencie, ale nie, wchodzą czasem do sali, gdy przebieram obcą im osobę. Wypraszam. Ja bym nie chciała leżeć z gołą pupą i żeby obcy facet ją oglądał. Ludzie są straszni. Czasem mam problem z wyproszeniem odwiedzających pacjenta leżącego obok zmarłej osoby, której muszę zrobić szybką toaletę pośmiertną czyli wyjąć cewniki, wkłucia i zwinąć w prześcieradło. To nie jest dobry moment na huczne odwiedziny u współlokatorów zmarłego.
Skończyłam, więc idę do sali, z której przyszła rodzina pacjenta. Pusta kroplówka.
Pójdę po rękawiczki i już odłączam - mówię i wychodzę do zabiegowego.
Słyszę za plecami po cichutku: KU*$&! Mogłaby się ruszać, jeszcze rękawiczek szuka, do jasnej cholery.


17.00.
Wjeżdża kolacja. Pędzę ustalić i podać insuliny. Przy okazji łapię łyk kawy i gryz kanapki - w przelocie, nawet nie zamykam drzwi do socjalnego, bo i tak właśnie z niego wybiegam. Obok przechodzi kilka osób, po chwili słyszę - trzeba było kupić jakieś ciastka to może będą częściej zaglądać tam do taty, zamiast siedzieć i żłopać kawę. Myśleli, że nie słyszałam ale słyszałam, po korytarzu echo się niesie, oj niesie i ja wszystko widzę i słyszę. Coś mnie strzela, ale nic nie mówię. Nie mam nawet czasu walczyć z wiatrakami.
Zakładam sondę Panu, który wcześniej ją usunął, nie obyło się bez walki, doglądam przypiętej Pani i tej z 2, którą trzeba odsysać, bo parametry życiowe znów spadają i trzeba podać kolejne leki.
Karmimy z Panią Genią pacjentów, a później podaję im leki i kroplówki, na koniec jeszcze wszystkich przebieramy.

18.00.
Robię szybki obchód po salach i odłączam puste kroplówki, a także inne rzeczy "na bieżąco".

18.40.
Czekam na zmianę i dojadam kanapkę. Już słyszę echo kroków. Idą!


19.00. 
Opowiadamy o pacjentach: co działo się z nimi w dzień, co trzeba jeszcze zrobić, kto został przyjęty i co mu dolega.
Szatnia, zdejmuję mundurek jadę do domu i modlę się o siedzące miejsce w pociągu.

Wiecie, lubiłam i lubię swoją pracę, mimo tego, że jest bardzo ciężka. Te wszystkie bombonierki, czekolady i ciasta wprawiają mnie jedynie w zakłopotanie. Gdy mam ochotę na coś słodkiego, kupuję sobie sama.
Moja praca sprawiałaby mi satysfakcję, gdyby nie to, że mam żal, bo wygląda jak wygląda. Chyba nie trzeba komentarza. Dwie pielęgniarki i salowa na tylu ciężko chorych pacjentów - po prostu nie da się robić wszystkiego tak, jak się powinno. I nie jest tak, że personel w szpitalu nie prosi przełożonych o zwiększenie obsady na zmianie. Prosi. Całymi miesiącami, a czasem latami, lecz albo nikt nowy nie zgłasza się do pracy, albo szpital próbuje zaoszczędzić. Panuje taka dziwna mentalność, że lepiej, aby personelu było za mało niż za dużo. Moim zdaniem to błąd, bo na tego typu oddziałach nigdy nie będzie za dużo osób na dyżurze. Każda para rąk się liczy, o jakiejkolwiek rozmowie z pacjentem można zapomnieć. Co prawda ja akurat od rozmawiania nie jestem, ale czasem widzę, że taka zwyczajna rozmowa jest komuś potrzebna.
Pielęgniarki zajmują się też wypisywaniem brakującego sprzętu i leków, sprawdzaniem dat ważności, czyszczeniem regałów w środku, wykładaniem tych wszystkich rzeczy z kartonów na półki. To są prace, których nie widać, a które zawsze muszę być zrobione. Już nie wspominam o wypełnianiu i stemplowaniu tony papierów.


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zapraszam do dzielenia się Waszymi historiami i spostrzeżeniami. Listy do publikacji ślemy na maila pielegniarkawpl@gmail.com Zapraszam.

6 sierpnia 2017

sierpnia 06, 2017

Spocona pielęgniarka


Jakiś czas temu natknęłam się w sieci na wpisy na temat porodów. Opisy były straszne i na pewno to wszystko powinno wyglądać inaczej, bo przecież poród, mimo bólu, nie powinien być traumą. Najczęściej wszystko rozchodzi się o mało empatyczną postawę personelu, co rozumiem i jestem w stanie w to uwierzyć. Nie mam zamiaru nikogo usprawiedliwiać. W zasadzie ten wpis nie o tym, a o jednym określeniu, które wciąż siedzi mi w głowie, a tam padło, i w jakiś sposób dotknęło mnie jako pielęgniarkę.


Było to mniej więcej "spocona pielęgniarka". Jako że wyrażenie na moim blogu jest wyrwane z kontekstu, to czuję się zobowiązana doprecyzować, że było to w znaczeniu negatywnym - spocona pielęgniarka - śmierdząca baba po prostu.

My pielęgniarki bardzo często jesteśmy spocone. To prawda.

Zdarza się, że zakładamy Ci wenflon, starając się uśmiechem dodać otuchy, choć 20 minut temu skończyłyśmy godzinną reanimację innego pacjenta. Wiem, że jestem spocona, choć największe plamy z mojego mundurka już wyschły. Wiem, że śmierdzę. Chciałabym pachnieć zawsze pięknie, codziennie biorę prysznic, używam dezodorantu i perfum, ale to wszystko na nic, gdy wołają do znieczulenia cesarki, bo odkleiło się łożysko albo wypadła pępowina. Biegniemy z anestezjologiem czasem z drugiego końca szpitala. Z innej interwencji. Mamy może trzy minuty, aby pokonać tę drogę, przygotować aparat do znieczulenia, leki i wprowadzić w znieczulenie ogólne, a w międzyczasie ginekolodzy wyjmują dziecko. Piękna szminka znika pod maską. Jest mi strasznie głupio, gdy pochylam się nad Tobą, aby przymocować ramkę albo przypiąć kabelek, bo wiem, że strasznie jestem spocona. Wypacam z siebie pośpiech, stres i wysiłek. Jednak odrzucam te myśli na bok, bo nie mam czasu, skupiam się na Tobie.

Chciałabym tak pachnieć, zawsze mieć włosy na swoim miejscu. Taka też zawsze pojawiam się w pracy i staram się trzymać do momentu, w którym dostajemy telefon, że musimy wyczarować sen Twojemu dziecku do badania, które oceni, czy to bardziej lub mniej poważna choroba. Moja córka jest w podobnym wieku. Z wyboru nie pracuję w szpitalu dziecięcym, nie mogłabym. Ale czasem zdarza się mały pacjent i wtedy oblewam się potem. To jedyna rzecz, na którą mogę sobie pozwolić. Na nic więcej.

W poprzedniej pracy też bywałam spoconą pielęgniarką. Cztery minuty na pacjenta przy porannych toaletach, aby zdążyć do śniadania, bo wtedy tabletki, insuliny, karmienie. Szybko kroplówki, bo czas goni, antybiotyki muszą być podane na czas. Wszystko na czas, na wyznaczoną godzinę. Pacjent za pacjentem niczym na taśmie w chińskiej fabryce. Chciałabym, aby było inaczej i lepiej, ale się nie da. Albo i się da, ale nie mam na to wpływu. Jedyne, co mogę zrobić, to pocić się i spieszyć.

Chciałabym, aby moje kreski były równiutkie cały dzień i róż na policzkach trzymał się chociaż w połowie, zamiast spływać i wsiąkać gdzieś w zieloną maskę. Chciałabym mieć piękne paznokcie, a nie takie krótkie i zniszczone przez środki do dezynfekcji rąk. Jednak dopóki nie jestem droidem, będę spoconą pielęgniarką z kukuryku na głowie, czy chcę tego czy nie, zaniedbaną babą z czyichś koszmarów, spoconą i niemiłą, bo w mojej pracy nie zawsze jest czas na uprzejmości. Czasem musi wystarczyć zdawkowe - proszę unieść głowę, proszę położyć rękę. To te momenty, kiedy Ty nie wiesz, a ja wiem, że ta dodatkowa minuta może zdecydować o wszystkim.

27 czerwca 2017

czerwca 27, 2017

My pielęgniarki jesteśmy, gdy TO się zaczyna


Dzielę Twój smutek, choć czasem masz wrażenie, że jestem jedynie chodzącym pancerzem, taką skorupą, w której może siedzi człowiek. Tak muszę, inaczej byłoby mi trudno funkcjonować w szpitalnej rzeczywistości, wypełnionej po brzegi śmiercią i chorobą. Na szczęście równie często mogę dzielić Twoją radość, gdy Ty lub Twój bliski wraca do zdrowia. Kiedyś wydawało mi się, że dla takich chwil moja praca ma sens. Pomyliłam się. 


Ma sens zawsze. Jesteśmy przy Waszych bliskich, gdy odchodzą. Oni tego potrzebują. Wy też, bo przecież nie jesteście w stanie przebywać w szpitalu całą dobę. Zazwyczaj to my wychwytujemy, że dzieje się coś niedobrego, nadchodzi ten moment, podejmujemy pierwsze działania, żeby go oddalić. Nie zawsze się udaje. Wiedz jednak, że jesteśmy zawsze. Wasi bliscy nigdy nie odchodzą w samotności. Dla mnie to najgorsze, co może być - umieranie w samotności. Wiem, że czasem to wszystko wygląda, jakbyśmy robiły za mało. Jednak robimy wszystko, co w naszej mocy, tylko... no właśnie... wciąż jest nas za mało, coraz mniej, aby być zawsze i wszędzie. Coraz mniej osób decyduje się na Pielęgniarstwo. Dużo pielęgniarek zmienia zawód na inny. Część z nich wyjeżdża za granicę. Kolejne odchodzą na emeryturę. Na ich miejsce nie ma nikogo. Nikogo. Każdego dnia, gdy mamy tak dużo pacjentów pod swoją opieką boimy się, że nie zdążymy na czas. Nie zdążymy, aby być przy Twojej mamie, babci, tacie. Albo tego, co będzie, gdy więcej niż jeden pacjent będzie odchodzić w jednym czasie, a na oddziale jest tylu ciężko chorych każdej nocy. Pielęgniarka jedna, góra dwie. 

Mówi się, że gdy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. Tak, to prawda. Po co studiować pielęgniarstwo, skoro prac, gdzie płacą 11 zł za godzinę (pomnóż sobie przez 168 godzin - tyle godzin ma jeden etat, ok. 2000 tys zł) jest na pęczki. Lepiej studiować coś innego i nie zasypiać wieczorem z myślami, czy naprawdę wszystko zrobiłeś, co mogłeś zrobić lepiej, inaczej. Nie mieć w głowie nazwisk swoich pacjentów, ich twarzy. Mieć ogromną odpowiedzialność za źle wykonany projekt, a nawet bankructwo firmy, zepsucie się urządzenia, ale nie za życie człowieka. Człowieka, którego w sumie nawet nie znasz, ale zawsze walczysz o niego tak, jakby był Twoim rodzicem, bratem, dzieckiem. Bez tych wszystkich przelotnych myśli typu - rany, to dziecko było w wieku mojego, ta kobieta była podobna do mojej mamy, ten facet był młodszy ode mnie. Dylematów, w co wierzyć, skoro człowiek czasem musi przejść przez takie cierpienie, odnaleźć w tym jakiś sens, równowagę, a przy tym sprawnie działać, być opanowanym, zawsze gotowym, pomocnym, uśmiechniętym. To wszystko zamyka się w jednej osobie pielęgniarki. 

14 czerwca 2017

czerwca 14, 2017

Pielęgniarki w Polsce - dlaczego jest nas tak mało

Od kilku lat media informują, że pielęgniarek z roku na rok jest coraz mniej. Jednak przyznajmy szczerze - martwią się tym jedynie pielęgniarki. Przeciętny Kowalski ma to w nosie, bo idzie do szpitala, a pielęgniarki przecież są. Nie ma pojęcia, że najczęściej jest to ich trzydziesta godzina pracy po przepracowanej dobie w innym miejscu. Czasem ktoś wspomni, że za granicą opieka jest o niebo lepsza. Czasem wydarzy się jakiś dramat, wynikający z niedopatrzenia czy zaniedbania. Jednak nikt nie wiąże tego z niedostateczną ilością personelu, który opiekuje się pacjentem, ani z ogromną ilością pacjentów, przypadających na jedną pielęgniarkę. Niby każdy wie, że nie wygląda to tak, jak powinno, jednak wszystko mieści się w naszych polskich gumowych standardach. Choć temat braku pielęgniarek jest podejmowany, kompletnie nikt nie traktuje tego na poważnie. Wśród osób, które nie siedzą w ochronie zdrowia, popularny jest pogląd, że chodzi tylko o pieniądze. Ale czy faktycznie jest to jedynym problemem? Najprościej zadać sobie pytanie - czy Pielęgniarstwo to atrakcyjny zawód dla osoby, która właśnie skończyła szkołę średnią i aplikuje na studia? Co więc wpływa na niewielką atrakcyjność pracy na naszym stanowisku? Przeczytajcie o tym na przykładzie Kasi - wyimaginowanej pielęgniarki, stworzonej na potrzeby tego wpisu. 


Brak perspektyw na rozwój zawodowy

Kasia właśnie zdała maturę i chce aplikować na studia. Jest na tym etapie życia, na którym człowiekowi wydaje się, że świat stoi przed nim otworem. Nie to, że tak nie jest, po prostu w tym momencie wszystko wydaje się takie łatwe. Takie na zasadzie: chcesz to masz, mocno wierzysz - musi się udać. Chciałaby rozwijać się, dobrze zarabiać, budować jako taką karierę. Musi wybrać dobrze, rozważyć wszystkie za i przeciw. Kasia oczywiście wie, że najpierw na wszystko trzeba zapracować, zdobyć doświadczenie, wiedzę, po prostu stać się dobrym w tym, co aktualnie się robi. Uczelnie kuszą ją sloganami, a ona czuje się zagubiona. Z jednych przedmiotów jest lepsza, z innych gorsza. Z plakatów patrzą na nią uśmiechnięte pielęgniarki, a akurat biologia jest jej konikiem. Czemu by nie? - myśli Kasia. W gruncie rzeczy chciałaby pomagać ludziom. Woli pracować z nimi niż z papierkami. Ratować życie, czerpać satysfakcję. 
Kasia kończy studia na kierunku pielęgniarstwo. Po 3-letnich studiach licencjackich zostaje przyjęta do pracy na oddziale szpitalnym. Otrzymuje 2 tys zł podstawy pensji. To wydaje jej się ok, w końcu do tej pory jedynie dorabiała weekendowo na promocjach i inwentaryzacjach - tak na swoje wydatki. Kasia wyprowadza się od rodziców i zaczyna się prawdziwe życie. W tzw. międzyczasie kończy studia magisterskie. Nie jest łatwo, bo bardzo często ma dyżury akurat wtedy, gdy są zjazdy. Nie zawsze ma możliwość zamiany. Poza tym oddziałowa raz bierze pod uwagę jej prośby, a raz nie. Nie zawsze się po prostu da, gdy w weekend większość jej koleżanek z oddziału chodzi do drugiej pracy. Ona jedna pracuje tylko w jednym miejscu, żeby ogarnąć te studia. Dopiero po nich decyduje się na dodatkowe pół etatu w innym miejscu.
Kasia zdobywa doświadczenie. Do pracy musi mieć kursy, które dają jej dodatkowe uprawnienia, choćby kurs krwiodawstwa - bez niego nie będzie mogła przetoczyć krwi. Kurs EKG - bez niego nie może zrobić pacjentowi badania EKG. Kurs reanimacji... i jeszcze kilka innych.
Za niezbędne do pracy kursy w większości musi zapłacić sama. Każdy z nich kosztuje kilkaset złotych, tylko część tej kwoty jest dofinansowana przez Izby pielęgniarskie, które przez ostatnie lata potrącały z każdej pensji Kasi składki. Jeśli Kasia ma trochę szczęścia, zakład pracy ją oddeleguje. Jeśli nie ma - musi we własnym zakresie pogodzić pracę i obecność na kursach. Po ukończeniu kursów pensja Kasi na etacie to nadal 2 tys złotych. Mimo to Kasia decyduje się na specjalizację. Dzięki temu zdobędzie bardziej specjalistyczną wiedzę z dziedziny, w której pracuje. Po dwóch latach specjalizacji Kasia otrzymuje podwyżkę w wysokości 50 zł albo i wcale. Po 10, 20, 30 latach pracy w zawodzie Kasia wciąż będzie zarabiać niewiele ponad 2 tys złotych, podczas gdy na przestrzeni lat ceny stale rosną - produkty spożywcze, bilety, koszty utrzymania. Jedyne, co ma, to satysfakcja. Chciałaby zarobić więcej, nawet wychodziła na ulicę strajkować, ale dość szybko została ściągnięta na ziemię - w końcu pracuje w służbie zdrowia. Trzeba mieć do niej powołanie. Każdy powie, że do takiej pracy trzeba mieć powołanie. Większość osób by nie mogła. Odpukać w niemalowane. Patrzeć na te choroby, śmierć, pampersy zmieniać. Ciężka praca - trzeba mieć powołanie - tak mówią, a później pierwsi krzyczą o chciwości pielęgniarek, które mają dosyć głodowych pensji. Pytają - za co?

Niewielki prestiż zawodu

Na początku bycie pielęgniarką było dla Kasi powodem do dumy. Jednak coraz częściej spotyka się z dziwnymi komentarzami. Kasia przestała mówić, czym się zajmuje, bo wie, jak to się kończy. Tłumaczy sobie, że w końcu w oczach społeczeństwa reprezentuje wadliwą służbę zdrowia. "Wy ciągle tylko strajkujecie", "Wam to wiecznie mało". Zdarza się, że ktoś bardziej wylewny opowie jej  mrożące krew w żyłach historie własnych, babcinych i wujkowych hospitalizacji, zaznaczając oczywiście, że opieka była wspaniała dopiero po kopercie w kieszeni lekarza - oj, jak wtedy pielęgniarki się zajmowały - powie jeszcze! Znasz to z życia? Kasia czuje wstyd, a poczucie niesprawiedliwości rośnie. Nigdy nie wzięłaby łapówki, choć zdarzało się, że ktoś próbował wrzucić jej dyszkę do kieszeni fartuszka. Po ostatnim dodatku od MZ wszyscy wokół są przekonani, że zarabia krocie. Jednak tylko w Polsce można zarabiać brutto brutto (to nie pomyłka, to naprawdę podwójne brutto). Oczywiście każdy docenia Kasię, gdy musi załatwić coś w szpitalu lub potrzebuje zastrzyku.


Brakuje życzliwości w środowisku pielęgniarek

Kasia dwa razy zmieniała pracę. Jako nowy pracownik, świeżo po studiach, przekonała się, że są ludzie, którzy im bardziej kogoś zgnoją, tym lepiej się czują. W Kasi nie pasowało wiele rzeczy - za bardzo wykształcona (jakby ten magister był nie wiadomo czym), za mało rzeczy umiała, za wolno je robiła. Z czasem okazało się, że źle robi wszystko, nawet jeśli jej tam nie było. Gdy już zastanawiała się, czy aby na pewno jest na właściwym miejscu, pojawiły się wycieczki personalne na zmianę z totalnym ignorem. Koleżanka pociesza Kasię, że "tu" na początku wszyscy płaczą. Kasia jednak zawsze była rozsądna - jest dorosła i płakać nie zamierzała. Dała sobie jeszcze jedną szansę - inne miejsce, inni ludzie, inna specyfika pracy. Dziś wie - od molochów z dala. W nowym miejscu jest zupełnie inaczej, mogła rozwinąć skrzydła. To był strzał w dziesiątkę. Kasia domyśla się, że w innych miejscach Polski są takie Kasie jak ona, które już nie wracają do zawodu. Im dłużej słuchamy złych rzeczy o sobie, tym bardziej zaczynamy w to wierzyć, rozważać, analizować. Nie chodzi o to, aby być wobec siebie bezkrytycznym. Każdą uwagę warto przemyśleć, niektóre wywalić z głowy, innymi ulepszyć swoje życie. Jest jednak różnica między krytyką konstruktywną a takim niekoleżeńskim krytykanctwem.

Ciężkie warunki pracy

Kasia ma bóle kręgosłupa. Lekarz powiedział jej, że kręgosłup jest po prostu zniszczony dźwiganiem. Choroby i urazy kręgosłupa to jeden z większych problemów naszej grupy zawodowej. Choć istnieją normy BHP odnośnie dźwigania, w praktyce nie da się ich przestrzegać. Jeśli na oddziale leży pacjent o wadze 120 kg, a nie jest to rzadkość, często jest kilkoro takich pacjentów, te normy trzeba złamać, aby zrobić przy tym człowieku cokolwiek, co wymaga ruszenia go z miejsca. Kasia stara się mądrze dźwigać. Przenosić ciężar na nogi, jak radzą. Korzysta z tzw. rolek. Jednak podnośnik i inne urządzenia, które ułatwiłyby jej pracę, są u niej w pracy wciąż w strefie marzeń. Dodatkowo szpital obsadza oddział minimalną ilością pielęgniarek - dwie na trzydziestu pacjentów, sanitariusz (nie mylić z ratownikiem medycznym) poszedł na długie L4 i na jego miejsce nie ma nikogo. Kasia ma ten komfort, że jej szpital nie poszedł z duchem czasu, organizując sprzątanie poprzez zatrudnienie firmy sprzątającej. Dzięki temu Kasi pomaga salowa, która wspólnie z nią podciągnie pacjenta do góry, zawiezie z nią łóżkiem na badania, pomoże zmienić prześcieradło. Gdyby u Kasi w pracy była forma sprzątająca, osoby odpowiedzialne za sprzątanie zajmowałyby się tylko tym.
Fizycznie na oddziale od robienia wszystkiego - karmienia, przewijania, mycia, podawania leków, pobierania krwi, spisywania braków w magazynie, wykładania na półki, mycia półek w środku, dokumentacji i wielu, wielu rozmaitych rzeczy jest pielęgniarka - jedna lub dwie.

Obciążenie psychiczne 

Kasia pracuje w szpitalu, więc nikogo nie dziwi, że obcuje z chorobami i śmiercią. Dla ludzi jest to całkowicie normalne. Czasem ktoś bliski powie Kasi - wiesz, ja bym nie mógł na to patrzeć. A Kasia to robi, a przecież nie jest z kamienia. To prawda, że człowiek z czasem obrasta pancerzem. Obrasta, bo musi, inaczej też by nie mogła. Jednak w Kasi czasem dzieje się dużo, tam w środku. W gorszych momentach życia myśli uciekają do tych strasznych momentów. Kasia pamięta imiona niektórych pacjentów. Gdy się boi, wracają do niej obrazy. Wiele razy zastanawiała się, co jej przyniesie życie. Medycyna, choć rozwinięta, ma swój magiczny punkt, w którym kończy się wszystko, co można zrobić. Pozostaje czekać... i to ona, pielęgniarka przeprowadza pacjentów na drugą stronę, stoi nocami przy łóżku bliskiej Ci osoby, gdy to się zaczyna.
Jesteśmy strażniczkami godnej śmierci. Walczymy o życie. To my wołamy lekarza, gdy coś się dzieje, podejmujemy pierwsze działania. O ile z początku można się starać nie brać tego wszystkiego na barki, to z czasem przychodzi myśl, że im więcej widzisz, tym bardziej się tego boisz. Praca Kasi z czasem może stać się źródłem depresji, wypalenia zawodowego czy innych problemów natury emocjonalnej.


Powiesz - sama wybrała, więc niech nie narzeka. Tak, to prawda, tak wybrała. Tylko czy nie wydaje Ci się, że niektóre nasze życiowe wybory przypominają łapanie kota w worku? Dopiero po latach człowiek dowiaduje się, co tak naprawdę oznaczają. Kasia nie żałuje, ale uważa, że w jej zawodzie dzieje się źle. Dlaczego więc miałaby nie walczyć o to, aby zmieniło się na lepsze? W końcu jej praca jest wyjątkowa, co dużo ludzi zaznacza w swoich wypowiedziach... dopóki nie pojawia się temat podwyżek dla personelu pielęgniarskiego.

Pielęgniarek w Polsce jest mało - to pewne. I za dużo się z tym nie robi - to jest jeszcze pewniejsze. Na potrzeby mediów podejmowane są różne kroki naprawienia tej dziury, czy to wyimaginowanymi podwyżkami, czy to pielęgniarkami z Ukrainy, które przyjadą do nas do pracy, uzupełnić tu studia i odpracować przez pięć lat lojalkę (w tym macierzyński i wychowawczy), a później fru do Niemiec, bo kto za nasze pensje będzie pracować w Polsce, skoro kawałek dalej zarobi trzy razy tyle? Pielęgniarek nadal będzie brakować. Czy zamiast wymyślać na siłę coś nowego, nie lepiej byłoby ulepszyć coś, co już mamy? Podwyżki to jedno (szkoda tylko, że nikt pielęgniarek nie zapyta o zdanie przy nowym projekcie podwyżek - rządzący uniknęliby protestów i strajków, ale jak widać, wszyscy się przyzwyczaili, że pielęgniarka to cicha dusza i z godnością zaakceptuje wszystko, nawet pic na wodę, fotomontaż). Po drugie zacznijcie w końcu słuchać pielęgniarek, a nie tylko słyszeć. Chcemy wykonywać swoją pracę najlepiej, jak umiemy, ale ile można pracować w okrojonym składzie, z okrojonym sprzętem. Jak długo uda się nam dźwigać na barkach Wasze zaniedbania wobec pacjentów, drodzy rządzący? I na koniec napiszę, że dopóki zawód pielęgniarki będzie tak mało atrakcyjny, dopóty nie znajdą się chętni, bo naprawdę nie ustawi się do niego wianuszek chętnych, jeśli chcecie, aby pielęgniarka zarabiała dychę za godzinę. Może taka Kasia skończy te studia, ale tylko po to, aby wyjechać za granicę albo zostanie przedstawicielem handlowym lub kimkolwiek innym, bo pielęgniarki to mądre babki i zazwyczaj uzdolnione z nich bestie.




10 czerwca 2017

czerwca 10, 2017

Hejterze pielęgniarek - ten list jest do Ciebie

Słowo szpital zwykle przyprawia Cię o dreszcz grozy, rozumiem. Pojawiasz się już zirytowany długim czekaniem na Izbie Przyjęć, a do tego dochodzi strach o własne zdrowie i obawa o wszystkie niedokończone sprawy, które musiałeś zostawić przed progiem szpitala. Przychodzisz zdenerwowany i najczęściej pierwszą osobą, którą widzisz, jest pielęgniarka. I tu się zaczyna Twoja gehenna.


Przez tę paskudną pielęgniarkę musisz poczekać dwie godziny na korytarzu, aż się zwolni miejsce w sali, bo nieważne, że oddział jest przepełniony, a inni chorzy czekają na wypis, to nieważne, bo powinieneś mieć miejsce od razu i nie masz. Winna jest pielęgniarka. W Internetach napiszesz później, że czekałeś, a w dodatku nie mogłeś się o nic doprosić, bo w Twoim polu widzenia nie było pielęgniarek. Nieważne, że w tym czasie były w salach innych chorych, po prostu ich liczba na oddziale jest ograniczona. Dwie pielęgniarki na 30 chorych to teraz luksus, ale kogo to obchodzi - powinna być na każde wezwanie w przeciągu 3 sekund od naciśnięcia dzwonka. Nieważne, że z tych 30 pacjentów, 15 osób to ciężko chorzy, leżący i trzeba im poświęcić więcej czasu niż Tobie. Napiszesz później, gdzieś pod artykułem o paskudnych pielęgniarkach, że płacisz i wymagasz, należy Ci się. Czy wiesz, że już za parę lat co roku z każdego oddziału będzie odchodzić na emeryturę kilka pielęgniarek? Na ich miejsce nie ma kolejnych. Nie myślisz o tym do momentu, w którym Ty lub Twój bliski trafia do szpitala. Ja jestem w nim ciągle i tragizm tej sytuacji dotarł do mnie dłuższy czas temu, gdy pewnej nocy, czuwając i patrząc w monitory, mogłam porozmawiać na dyżurze jedynie ze stojakiem do kroplówki.

W sieci krążą opinie, że pielęgniarki nagminnie siedzą w dyżurce i piją kawę. Czy wiesz, że wypełnienie dokumentacji i przyjęcie zleceń czasem trwa nawet kilka godzin? Zwykle to jedyny czas, w którym można usiąść i jednocześnie złapać łyk herbaty i gryz kanapki. Zdarzyło mi się wiele razy, że w ciągu 12 godzin nie miałam czasu zjeść ani wypić. Kawa zrobiona rano często stoi do 16.00 i mogę się jej napić najwyżej w przelocie.

Droga rodzino pacjenta - bardzo często macie pretensje o to, że musicie przynieść do szpitala przybory osobiste typu ręczniki, mydło, kubek, piżamę, wodę mineralną. Najlepsze jest to, że macie je do pielęgniarki. W szpitalu są ręczniki, ale czy nie lepiej mieć swój własny z domu, wyprany w pachnącym płynie a nie ten sprany, sztywny, szpitalny, który został potraktowany silną chemią i w dotyku niewiele brakuje mu do pumeksu? Czy nie wolicie, aby wasz bliski miał swoje pachnące, ulubione mydełko, zamiast tego bezzapachowego, szpitalnego? Myślę, że odwodnienie w szpitalu nikomu nie grozi, bo zawsze dostępna jest przegotowana woda z czajnika, ale co tu dużo mówić, nie ma porównania z wodą mineralną. Ta lista nie jest złą wolą ze strony personelu. Ja też chciałam, aby w każdym szpitalu była nielimitowana dostawa pampersów. Niestety w niektórych musicie zaopatrzyć się w nie sami, wyliczacie po kilka sztuk na dobę, mając pretensje, że znikają, jakbym je kradła i brała do domu. Czasem pacjent tyle potrzebuje... Bardzo często macie pielęgniarce za złe, że wasi bliscy jedzą chłodne posiłki. To prawda, że czasem tak jest, ale pielęgniarka musi nakarmić kilkunastu chorych i siłą rzeczy zajmuje to dużo czasu, nie każdy chory ma na miejscu rodzinę i w dodatku taką, która chce brać udział w opiece nad swoją mamą i tatą, co zawsze mnie dziwiło. No i warto byłoby wspomnieć o zmianie pampersa - toalety u tylu leżących chorych trwają długo - na oddziałach typu neurologia, gdy pielęgniarka je kończy, musi na nowo wracać do początku, w międzyczasie podając leki, mierząc glikemię i rozwiązując małe - duże problemy swoich pacjentów. Jeśli zdecydujecie się zmienić go wcześniej samodzielnie lub pomóc swojemu bliskiemu zjeść zupę, nie mówcie, że robicie coś za pielęgniarkę. Współczesne pielęgniarstwo uwzględnia rodzinę chorego w pielęgnowaniu. Pamiętajcie, że później w domu będziecie musieli radzić sobie sami i warto tę sytuację wykorzystać, aby poprosić o pokazanie, jak zrobić to najlepiej, bo wbrew pozorom zmiana pampersa nie jest łatwa technicznie dla osoby, która nigdy tego nie robiła, a jej bliski jest osobą ciężką. Ile razy spotkałam się z sytuacją, gdy w odwiedziny przyszło 5 osób, w tym trzech rosłych mężczyzn i nagle żaden z nich nie może pomóc mi podciągnąć chorego do góry - "wy nie możecie dźwigać, zostaw, pielęgniarka to zrobi". To chyba nie wymaga komentarza.

Drodzy pacjenci, rodziny - tyle razy macie nam za złe długie oczekiwanie na przyjęcie, wypis, zmiany w dawkowaniu leków jako wyraz twórczej inwencji lekarskiej, zimne posiłki. Nazywacie nas "głupie krowy", "służba", "durne pielęgniary", nawet w tych sytuacjach, gdy mają miejsce rzeczy niezależne od nas. Przychodzicie do dyżurki z nastawieniem na co najmniej mord z zimną krwią. Oczekujecie, że wasi bliscy będą codziennie ogoleni, z umytą głową i wypiłowanymi paznokciami. Zarzucacie, że toaleta nie była dokładna, gdy tymczasem te najstarsze osoby, wasze babcie, dziadkowie, przyjeżdżają do nas zaniedbani i niedomyci przez Was w domu, z czarnymi, 2 - centymetrowymi paznokciami i brudem wżartym w pachwiny. Dlaczego o nich nie dbacie, i to całymi tygodniami?

Myślicie szablonowo. Skoro jedna pielęgniarka potraktowała Was źle, skoro z mediach podano kilka negatywnych przypadków, to trzeba koniecznie publicznie zlinczować wszystkie te "paskudne pielęgniary". Tymczasem w naszym zawodzie, jak w każdym, pojawiają się różni ludzie. Zanim kogoś obrazicie, pomyślcie sobie, że pielęgniarka to też człowiek. Chciałaby mieć czas na wszystko, chciałaby zawsze się uśmiechać, chciałaby mieć pod opieką samych szczęśliwych pacjentów, a nie ma. Winę za to wszystko ponosi zwykle organizacja - za mało personelu ze względu na oszczędności szpitala, brak chętnych do pracy, niskie płace. Nie oczekuj empatii od personelu pielęgniarskiego, jeśli sam nie posiadasz jej za grosz. Całkiem inaczej współpracuje się z osobą, która szanuje mnie i moją pracę niż z tymi, którzy na każdym kroku próbują mnie obrazić. Nawet gdy stoję do Was plecami, słyszę, a korytarz też dobrze niesie słowa. I na koniec mój ulubiony, najzłośliwszy tekst hejterów - widziałyście, co brałyście i zawsze można się przekwalifikować. Ano można, tylko co dalej? Skoro często nie ma komu obstawić kilkunastu dyżurów w miesiącu, co byłoby, gdyby nagle 10 procent pracujących na danym oddziale pielęgniarek się przekwalifikowało? Czy opieka wyglądałaby lepiej? Pamiętaj, w zasadzie mogę robić w życiu wiele innych rzeczy, ale Ty nie zawsze mógłbyś robić to, co ja teraz. Jestem w tym zawodzie, bo chcę, a nie muszę. Jeszcze chcę.



***

Tekst był wspomniany przez Wysokie Obcasy - klik, a także przez stronę 38 milionów powodów do dyskusji - klik. Dziękuję.




czerwca 10, 2017

Więcej niż tylko pielęgniarka. Więcej niż tylko choroba z numerem sali.


Zmęczenie, niskie pensje, za mała obsada dyżurów, strajk, odejście od łóżek, zabraknie pielęgniarek. Są to frazy, które gromadnie występują w artykułach o pielęgniarkach, ale jeśli i tym razem spodziewasz się kolejnego tekstu o problemach w pielęgniarstwie, rozczarujesz się. Za granicą niedawno skończył się obchodzony uroczyście Światowy Tydzień Pielęgniarstwa. W Polsce mamy za to Międzynarodowy Dzień Pielęgniarek i Położnych, który przypadł na 12 maja. O pielęgniarstwie mówi się dużo, szczególnie ostatnio, ale wyłącznie w kontekście problemów. Te problemy nie są fikcją, ale trzeba przyznać, przesłaniają całą resztę, o której opowiedziała Kelley Johnson - pielęgniarka i jednocześnie miss Colorado 2015 roku. Jej monolog został wykorzystany podczas Nurses Week 2016. Dlaczego postanowiłam umieścić na blogu jego wolne tłumaczenie? Brakuje akcji, które wspierałyby budowanie pozytywnego obrazu pielęgniarstwa. Takie historie dają zastrzyk motywacji, bo czasem wydaje się, że nie możesz niczego zmienić, a okazuje się, że możesz zmienić wszystko.


W życiu każdej pielęgniarki następuje taki moment, w którym trafia na wyjątkowego pacjenta. Takiego, który przypomina jej o tym, dlaczego kiedyś wybrała swój zawód. Moim wyjątkowym pacjentem był Joe.

Joe chorował na Alzheimera. To były początki choroby. Jednego dnia doskonale wszystko pamiętał, znów innego zapominał, kim jest i gdzie się znajduje. Najgorsze jednak były dla niego koszmary. Joe budził się w środku nocy i strasznie krzyczał. Wiedziałam, że jeśli wejdę tam i jak zawsze przez kilka chwil potrzymam jego rękę, strach się zmniejszy, a Joe uspokoi się i zaśnie. Tym razem jednak Joe chciał jeszcze porozmawiać.
Zapytał, czy mogłabym zmodyfikować jego leczenie.
- Nie Joe, nie mogę. Jestem tylko pielęgniarką. - powiedziałam.
- A co z moimi tabletkami? Możesz zmienić mi dawki? - zapytał Joe.
- Nie Joe, nie mogę. Jestem tylko pielęgniarką. - powiedziałam to samo.

Nie mogłam zrobić dla Joe tych wszystkich rzeczy, więc zaczęliśmy po prostu rozmawiać.
Pytał mnie o siatkówkę. Rozmawialiśmy o jego wnukach. Żartował, że jestem jedyną pielęgniarką na oddziale, która jest w stanie dosięgnąć do gazików, leżących na najwyższej półce. Sala wypełniła się naszym śmiechem. Było całkiem wesoło.

Ale pewnej nocy wszystko się zmieniło. Gdy weszłam do pokoju, Joe strasznie płakał. Podeszłam do niego i obróciłam jego twarz do siebie.
- Wiem, że to dla ciebie bardzo trudne, Joe. Ale nie jesteś własnością tej choroby. Nie jesteś Alzheimerem. Nadal jesteś Joe. Dawnym Joe.
A wtedy on spojrzał na mnie i powiedział:
- To samo dotyczy ciebie, Kelley. Choć wiele razy powtarzałaś, że jesteś tylko pielęgniarką, to wiedz, że tak nie jest. Nie jesteś tylko pielęgniarką. Jesteś moją pielęgniarką. Dzięki tobie moje życie się zmieniło, bo się o mnie troszczysz.

Wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że pacjenci to ludzie z rodziną i przyjaciółmi. Każdy z nich to czyjś ojciec, brat, dziadek. Nie chcę być pielegniarką, która kiedykolwiek udawała, że tak nie jest, ponieważ na pierwszym miejscu jesteś człowiekiem, a nie diagnozą z numerem sali na ruchu chorych.

Joe przypomniał mi tego dnia, że jestem kimś więcej niż tylko pielegniarką. Dla niego jestem ostatnią deską ratunku, kołem ratunkowym, gdy osaczają go lęki. Nigdy nie pomyślę o sobie, że jestem "tylko pielęgniarką".

Tekst na podstawie More Than Just A Nurse | Nurses Week 2016


fot. Pixabay

About

authorPielęgniarka w PL to blog pisany przez pielęgniarkę. To moje własne miejsce w sieci, w którym dzielę się przemyśleniami ze szczególnym uwzględnieniem lifestylowej strony naszego życia zawodowego.
Czytaj dalej →



Tags

Follow by Email